niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział 2 - "Candelaria - Ugh...."/ "Lody i Rozterka"



                                                                             Alba

   To było niesamowite. Zupełnie jakbym smakowała  Lata w Królestwie…
   Momentalnie moje szczęście znikło – znowu zapomniałam nazwy mojej ojczyzny. Pochodziłam
z Anglii, Portugalii, Polski, Hiszpanii?
   Nie wiedziałam.  Zawsze, gdy tylko chciałam coś porównać do czegoś, do głowy przychodziły mi nazwy, których nie mogłam uchwycić, słowa, których nie mogłam poznać, muzyka, której nie mogłam usłyszeć i obrazy, których nie mogłam zobaczyć.
   Oficjalnie uznają mnie za Hiszpankę, bo Argentyny nie znałam, a po hiszpańsku mówię płynnie, ale…
   Ja mam wątpliwości.
   Nie potrafię powiedzieć, co robiłam przez 21 lat mojego życia. Moje ostatnie wspomnienie to spotkanie z Facundo.
  - Gołąbeczki, nie za wiele pokazujecie na planie? – usłyszałam złośliwy głos ’Cande’- jak ją pieszczotliwie nazywali.
  Odsunęłam się od Facu bardzo powoli i spojrzałam na nią ze złością.
  Candelaria Molfese to ognistowłosa odtwórczyni roli Camili Torres i od czasu początku mojego związku z jej byłym, także mój wróg. Wobec większości miła i słodka, ale dla mnie była okrutna i wredna. Założyła na siebie złotą sukienkę, z kwieciście zdobionym dekoltem  i  granatowym pasem podkreślającym jej figurę. Do tego białe trampki na obcasie 18 cm. Jak ona się na tym nie wywracała – nie wiem.  
  - A właśnie, Facu – powiedziała. – Pomógłbyś mi  z nową piosenką? Nie mogę dobrać do niej odpowiedniej linii melodycznej…
  Chłopak spojrzał na mnie pytająco.
  Wywróciłam teatralnie oczami i skinęłam głową. Czasami wkurzało mnie to jego uzależnienie od moich decyzji,  w końcu miał własną wolę - niech zacznie korzystać.
  - Leć! – powiedziałam. – Ja i tak idę do Lodo ćwiczyć przed koncertami w Polsce. Tylko nie spóźnij się na kolację!
  Tak naprawde nie szłam do Lodovicy, ale nie chciałam przyznać przy Candelarii, że nie mam planów na popołudnie.
  Poszłam do domu, ustawiłam budzik na 16.15 by mieć czas wszystko przygotować, położyłam się na łóżku i zasnęłam.
  Śniła mi się kontynuacja „Violetty”.
  I to jaka!

                                                                      „ Maxi ”

   Zmniejszyłem dzieląca nas odległość i posmakowałem jej ust. Malinowy zapach przeplatał się z wonią orchidei. Napierała na moje wargi językiem, toczyła ze mną nierówną walkę, którą wygrała.
   Trwaliśmy w tym uścisku może kilka sekund, może kilka minut. Dla nas czas stanął w miejscu.
   - Naty, masz ochote na lody? – spytałem, gdy wreszcie się od siebie oderwaliśmy.
   - Oczywiście, że nie! – powiedziała oburzona. – Jak śmiesz się mnie o to pytać?!
   Zamurowało mnie. O co chodziło…
   - Przepraszam, ja…
   - Oj, Glonomóżdżku, żartowałam! – śmiała się dziewczyna. – Jasne, że mam ochotę!
   - Tak? Świetnie! Glonomóżdżek?…
   - Uroki literatury. Czytasz Ty coś w ogóle?
   - Eeeeee…
   - Chodźmy już na te lody… - westchnęła Naty.

                                                                          „ Violetta ”
     Gdy wróciłam do domu powitała mnie elegancko ubrana kobieta w fartuszku bardzo przypominającym fartuszek Olgity.
   - Dzień dobry – odezwała się nieznajoma. – Czego panienka tutaj szuka?
   - Eeee…. Ja tu mieszkam, proszę pani – powiedziałam zdziwiona.
   - Musiała panienka pomylić domy, to jest dom rodziny Castillo….
   - Przepraszam panią bardzo, ale to jest mój dom, a ja się nazywam Violetta Castillo, jestem córką German’a Castillo i Marii Saramego…
  - O! Panienka Violetta! Niech panienka wejdzie!
  - Violetta! - zobaczyłam mojego ojca, siedzącego z laptopem na kanapie.
  - Tato! - rzuciłam mu się na szyję. Po chwili doszepnęłam - Kto to jest?
  - To jest Ledia Valentio – odszepnał mi tata. - Zastępuje Olgitę i…
  - Zastępuje OLGĘ?! – wrzasnełam na cały dom. - Ale co z nią?!
  - Olga nie zjawiła się tu w wakacje, więc tymczasowo musiałem znaleźć inną gosposię…
  Wytrzeszczyłam oczy, po czym pobiegłam na górę. Olgita była dla mnie jak rodzina, zatępowała mi matkę przez 16 lat, a teraz jej nie ma!
  Padłam na łóżko roztrzęsiona.
  „Teraz mam ważniejsze sprawy” – myślałam. – „W końcu wrócił Tomas!”
  Nadal nie mogłam w to uwierzyć. To jego spojrzenie, wtedy, na dworcu, przypomniało mi o tym, co kiedyś mielismy…
  Myslałam o naszym pierwszym spotkaniu, tj. wtedy, gdy upadłam w deszczu pierwszego dnia w Buenos Aires, o tym jak nas zamknięto w schowku, o tym jak go pocieszałam i o naszym pierwszym i jedynym pocałunku.
   Tak – wszystko co mnie z nim wiązało było magiczne. Magiczne i mocne.
   No, ale z drugiej strony był Leon. Tak jak nadal Diego i może Marco…
   Nie, przepraszam – Diego mnie oszukał, a Marco to chłopak Franceski…
   - Panienko Violetto! – usłyszałam głos Ledii. – Ma panienka gościa!
   Kto to może być? Camila, Fran, Naty, Leon, Tomas, Maxi, Ludmiła?...
   „Jak nie przestaniesz rozmyslać nad tym, to się nie dowiesz!” – odezwał się głos w mojej głowie.
   - Niech wejdzie na górę! – odkrzyknęłam.
   Przeciagnęłam się, usiadłam na łóżku i czekałam na ’gościa’.
   Gdy wreszcie wszedł, zamurowało mnie.
   W drzwiach stał…. 

...........................................................................
 Hej ^.^
Ostatnio nie dodawałam, ten, bo, no tego, były Świeta, a ja w szpitalu itd.
Chcecie by w postach były obrazki?
Piszcie w komach! Oczywiście opinie też xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz